frOPs_Mt 11, 28-30_Magdalenka_03
25 czerwca 2017 15:45
 
Pokora…, czyli co? Wymuszana służalczość? Nie!
Pokora to nie jest jakieś niewolnicze uzależnienie, ale codzienna, nieustanna współpraca z Bogiem.
 
Pokora = Przymierze z każdym stworzeniem (wraz z jego wadami)
Pokora = Przymierze z czasem (który przecież do mnie nie należy)
Pokora = Przymierze z własną twarzą (sam sobie nie wybierałem)
Pokora = Przymierze z pracą lub jej brakiem (a więc i z portfelem)
Pokora = Przymierze z życiem i śmiercią (co na jedno wychodzi :-))
 Być pokornym, to uznać, że nie jestem idealny ale dla Boga święty.
 
fatima
 
 
 
EWANGELIA
Jezus cichy i pokorny sercem
 
Mt 11, 28-30
Słowa Ewangelii według św. Mateusza.
 
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie".
 
Oto słowo Pańskie.
 
 
23 lipca 2014, 21:37
Wszystko mogłem powiedzieć o jarzmie tylko nie to, że jest słodkie i o brzemieniu, że jest lekkie..., a jednak dzis wiem, że dokładnie tak jest :-). Dziś, nie po raz pierwszy zresztą, Pan leczy konkretnym wydarzenien i paradoksem moje uprzedzenia, te resztki moich schematów myślowych. :-) Znów jak gdyby intensyfikował te moje stereotypy, ale wyprowadzając jednocześnie dokładnie odwrotny wniosek do tego, który mi samemu się narzuca. Tak. Bo przecież to nie jest byle jakie jarzmo, ale właśnie jarzmo Pana i nie byle jaki ciężar, ale to Jego ciężar. Tak o tym mówi Mateusz - kto jak kto, ale ten celnik naprawdę wie o czym mówi :-) - przypomnijmy sobie:
 
13 Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. 14 Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują! 15 Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami7. /Mt 7,12-15/
 
Brama ciasna jak Krzyż
Tak, ona jest bardzo ciasna…, tak jak ciasny jest sam Krzyż. A do tego twardy i szorstki, jak cała ta moja droga powrotna do domu Ojca. Codziennie rano jej szukam. Dopiero kiedy ją znajdę pośród wielu innych dróg, wstaję z mojego "łóżka", na którym - w półsiedzącej pozycji - spędziłem w ciągu ostatnich trzech lat osiemnaście miesięcy - dni i nocy... Czy ja się skarżę? Nie. To co..., pysznię się i chwalę? Też nie. Są jeszcze inne opcje  ;-D
 
 
madejowe oe
 
To było moje szpialne łóżko przez osiemnaście miesięcy. W dzień i w nocy w półsiedzącej pozycji..., z laptopem na kolanach :-D
 
Każdego dnia na nowo wyruszam w nową drogę i wiem, że jest niepowtarzalna i jedyna. Warto pamiętać, że aby wejść do królestwa Bożego można nią przejść tylko jeden raz! W przeszłości zwykle myślałem o tej drodze/bramie wyłącznie w kluczu cierpienie/ciasnota. Wszystko sprowadzało się do strachu przed bólem i śmiercią; Jak sobie z tym radziłem? Kiepsko. Jedynie rozkładałem ten strach na lata. Dziś okazuje się jak płytkie było to moje myślenie, jak bardzo uciekałem przed tym strachem. Nie wierzyłem, że śmierć to początek życia. a miłość to nie błogostan, lecz ofiara i cierpienie. I nie jakieś samotne cierpiętnictwo, tylko współuczestnictwo w cierpieniu Chrystusa. Nie uznawałem jednak swojego powołania, zawsze szukałem jednej drogi. Nie rozumiałem, że spośród panujących we wrzechświecie nieskończenie licznych i nierozerwalnych powiązaniach wszystkiego z wszystkim: od wiązania atomów do... wspólnoty świętych jest tylko jedno, które nie tylko wskazuje drogę, ale również otwiera ciasną bramę do domu.  Czy nie o tym właśnie pisze św. Piotr apostoł w swoim Drugim Liście:
 
(…) bardziej jeszcze, bracia, starajcie się umocnić wasze powołanie i wybór! To bowiem czyniąc nie upadniecie nigdy. W ten sposób szeroko będzie wam otworzone wejście do wiecznego królestwa Pana naszego i Zbawcy, Jezusa Chrystusa (2P 1,10-11).
 
…szeroko będzie wam otworzone wejście do królestwa Pana
To jest trochę tak, jak w przypadku mojej gry na gitarze, ciągle początkującego adepta wyposażonego w dwa antytalenty: głuchotę jednostronną i parę rąk, każda po pięć palców, które mają obsłużyć sześć strun i odwzorować to, czego nie słyszę… :-) to dopiero jest jarzmo! To jest moje brzemię. Całe tygodnie ćwiczeń i… zawsze tych samych cierpkich uwag skierowanych pod adresem mojego "talentu"? Ale dziś już bez wyrzeczeń, bez potu i łez, bez pogoni za doskonałością i zmagań za tym ideałem, który jest - po ludzku - nieosiągalny dla mnie. Naprawdę nieosiągalny!?
 
Przecież staje przede mną Ktoś, kto mnie przeprowadza przez te moje ograniczenia. Ktoś, kto mnie uczy prawdziwego artyzmu, który nie zasadza się na formie, ale obfituje bogactwem treści? Ktoś, kto uświadania mi, że dwie ręce razem to dziesięć palców a dwie ręce osobno to dwa razy po pięć. A ja przecież mam dwie ręce, czyli dokładnie tyle ile potrzeba aby wydobyć coś z siebie i później przenieść to na te sześć strun za pomocą dziesięciu palców. Wiem, że nie wzbudzę wielkiego zachwytu u innych… :-), ale może wniosę choć odrobinę radości :-). I wtedy ciasna brama moich ograniczeń rzeczywiście okaże się być dla innych szeroką bramą, bo nie mój kunszt warsztatowy, ani nie sama forma ich zachwyci, ale po prostu... usiądą, zasłuchają w to moje słodkie jarzmo i lekkie brzemię, które mi wydaje się (i słusznie!) kakofonicznym koszmarem... :-).
 
 
Nagle te moje ograniczenia, które wyznacza moja ułomność, sam instrument i czas, który mi jeszcze pozostał, a którego już nie wykorzystuję, by zgłębiać tajniki gry na gitarze, przestają mieć znaczenie. Słuchający dostrzegają wprawdzie ten mój dyskomfort, który towarzyszy mi jeżeli coś nie wychodzi, ale nawet jeśli całkowicie wyjdzie, to każdy wie, że to nie jest to, co chciałbym, aby wyszło z mojego serca. Czy to też jest krzyż? Wręcz przeciwnie :-)
 
25 czerwca 2017, 09:57
Właśnie dzisiaj paradoksalnie (i bez specjalnej okazji :-)) ten krzyż, okazuje się dla mnie znowu nie być końcem ale początkiem. Właśnie uświadamiam sobie swoje ograniczenia, a tu nagle doświadczam prawdziwej wolności. Nie jak wówczas, gdy uważałem się za artystę, bo zamiast delikatnych palców używałem zaciśniętych pięści, którymi waląc po strunach radośnie wybrzdąkiwałem jakąś kakofonię dźwięków, oznajmiając wszem i wobec, że to jest mój sposób gry na gitarze, taka nowatorska kompozycja…, jak ta "stara" ale pardoksalnie zawsze nowa nauka z mocą :-). To było bardzo prymitywne pójście na skróty. Nie trzeba być artystą by zrobić z czegoś (z siebie) karykaturę. Nie trzeba być specjalnie uduchowionym, aby uczynić z własnego życia - pożal się Boże dzieło - obiekt westchnień dla innych, a w rzeczywistości podstępnie nakłaniać ich do uznania własnego pomysłu na Boga, jako dzieło Boże!
 
Prośmy Pana abyśmy rzeczywiście uczyli się od Niego jak iść do Ojca, abyśmy wsłuchując się w rytm Najświętrzego Serca Jezusa odkrywali Jego cierpliwą drogę do nas, Jego łagodność i pokorę, a w ten sposób znaleźli naszą prawdziwą Drogę i prawdziwe ukojenie dla naszych niewrażliwych serc i dusz. Prośmy Go o cierpliwość dla nas, abyśmy powściągali nasze zapędy osiągania wyimaginowanych ideałów.
 
Mało, czyli wiele
Czy naprawdę można zadowolić się i nasycić nawet tą odrobiną, którą Jezus nazywa ziarnkiem gorczycy? Odkąd tę odrobinę składam w ręce Niepokalanej Matuchny okazuje się, że to wcale nie jest drobinka :-). Może jeszcze nie jest to rozłożyste drzewo, ale kiedyś przecież pozbędę się tych chorych i skarłowaciałych odrostów :-). Póki co, dziś Pan zapewnia wzrost mojej miłości. To On czuwa nad jej wzrostem, a nie ja i to On zadba też w przyszłości o to, aby żadna taka złamana gałąź nie spadła komuś na głowę. Pomyśleć..., że wystarczyła jedna moja rozważna i dobrze przemyślana decyzja :-) Teraz już cała reszta należy przez Niepokalaną Matuchnę do Niego. Pamiętasz jeszcze takie określenia jak cierpliwość do innych, wrażliwość na innych, szlachetność, czułość i delikatność…, wobec innych? Przecież to wszystko właśnie niesie z sobą Miłość. Czy to nie o to właśnie w tym wszystkim chodzi, abyśmy otwierali się na innych?
25 czerwca 2017, 15:27
 
Być szczęśliwym, to być pokornym
Bóg stworzył mnie na swój obraz i podobieństwo, i ja to wiem bo tego doświadczam! Podskórnie zawsze dążyłem do tego, by być choć trochę szczęśliwym :-). Gotów byłem postawić wszystko na szali, aby zakosztować chociaż namiastki raju ale tu i teraz..., na ziemi. To też była ciasna brama, ale pierwszy wcisnął się ze swymi projektami ten, który mówi o sobie, że: jest niewinny i od innych inny…, który winę w usta włożył damie, która stała przy Adamie… :-). I tak trwałem całymi latami w tym stuporze, całkiem martwy.
 
Dopiero kiedy pogodziłem się z własnym życiem, takim, jakie ono jest, dopiero kiedy złożyłem je u stóp Matki mojego Pana, rozpoczęła się nowa droga, prawdziwego Nowego Przymierza z Bogiem w Trójcy Świętej Jedynym, właśnie przez Niepokalaną Matuchnę. Już pierwsze moje nieporadne kroki na tej Drodze oddania się Niepokalanej bez zastrzeżeń w Macierzyńską Niewolę Miłości, zaowocowały łaską pokory. Pokora…, czyli co? Wymuszana służalczość? Nie!
 
Pokora to nie jest niewolnicze uzależnienie, ale codzienna, nieustanna współpraca z Bogiem.
Pokora = przymierze z każdym stworzeniem (wraz z jego wadami)
Pokora = przymierze z czasem (który przecież do mnie nie należy)
Pokora = przymierze z własną twarzą (sam sobie nie wybierałem)
Pokora = przymierze z pracą lub jej brakiem (a więc i z portfelem)
 
Być pokornym, to uznać, że nie jestem idealny ale dla Boga święty.
Czego Tobie i sobie życzę… :-)
marek+

Epilog

W dniu 26 czerwca 2017 03:46 użytkownik Apoftegmaty Ojców Pustyni  napisał:

Patrz na siebie

    Zapytano pewnego starca, czym jest pokora. Ten odpowiedział: „Pokora jest wielkim dziełem Bożym. Droga pokory polega zaś na tym, aby podejmować trudy fizyczne, aby uważać samego siebie za grzesznika, aby stawać się podporządkowanym wszyst­kim”. Brat spytał: „Co to znaczy być podporządkowanym wszystkim?” Starzec rzekł: „To znaczy nie zwracać uwagi na grzechy innych, lecz patrzeć na swoje i ciągle prosić Boga”.

frOPs_Mt 11, 25-27_Magdalenka_02
Varia - 24 czerwca 2017,  19:17
 
 
EWANGELIA 
Tajemnice królestwa objawione prostaczkom
 
Mt 11, 25-27
Słowa Ewangelii według św. Mateusza. 
 
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić".
 
Oto słowo Pańskie
 
 
 
24 czerwca 2017, 09:38
Nie wazne czy uznasz mnie za pomyleńca, czy za ekshibicjonistę, gdy publicznie przyznam się, że zdecydowaną większość dorosłego życia byłem kłamcą, choć tak naprawdę najczęściej okłamywałem samego siebie :-). Poprawność polityczna chyba zabrania takich wyznań :-), a przyznać się, że całkiem  dobrze na tym wychodziłem (jak większość polityków), to już  naprawdę gruba przesada! Ci, których spotykałem akceptowali mnie, moje wybory, mój styl bycia, nawet moje specyficzne poczucie humoru :-). Zarówno wśród przyjaciół, jak i klientów (nie mam wrogów :-)) uchodziłem za bardzo bystrego faceta. Byłem dobry dla swoich kobiet, nie swoich dzieci... i często za nich rozwiązywałem gordyjskie węzły i nikt nigdy nie nazywał mnie pomyleńcem :-).
 
Jestem pomylony
To prawdziwy przewrót kopernikański w moim życiu i to najprawdziwsza zmiana "na lepsze". Dziś nawet ja sam chcę, by mnie tak nazywano i tak też się dzieje! :-) Wprwdzie tylko pięćdziesiąt procent moich domowników twierdzi, że jestem pomylony, ale za to sto procent moich byłych przełożonych w różnych dziedzinach i sferach życia tak mnie zapamiętało. O ile nie dziwi mnie, że tak o mnie myślą moi byli pracodawcy np. z budowlanki, w końcu solidna w stosunku do klienta i uczciwa praca np.. bez oszczędzania na materiale, to w naszych realiach rzecz nienormalna, ale mocno zdziwiło mnie, że tak samo myślą moi bracia, moi katechiści, mój proboszcz, który już nie jest moim proboszczem, a kto wie, może nawet siostry i bracia zakonni :-).
 
Ludowa mądrość
Kiedy ktoś powie ci, że jesteś koniem zignoruj to. Kiedy ktoś inny powie ci to samo, zastanów się. Ale kiedy ci to powie ksiądz z ambony, to wiedz, że najwyższy czas kupić siodło… :-).
Mówić prawdę, nawet tą bolesną i z wiarą że w konkretnych warunkach kulturowych i historycznych, Bóg w ciele mężczyzny i Żyda, Jedynego i Wiecznego Kapłana będąc Panem stał się barankiem ofiarnym (człowiekiem) i każdego dnia w kawałku chleba ten sam Pan mnie przebóstwia przybliżając do świętości, dając mi się cały.... Czy coś pomyliłem...? :-)
 
20 Potem przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. 21 Gdy to posłyszeli Jego bliscy6, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: «Odszedł od zmysłów». /Mk 3,20-21/
 
To chyba właśnie są te rzeczy nie do przyjęcia dla wszystkich nasycanych co dzień mądrością tego świata. Trzeba mieć dobry słuch, by w tym szumie informacyjnym wyłapać ten szatański przekaz podprogowy. Ofiarami tej diabelskiej ekspansji są nie tylko wszyscy ci mądrzy prześmiewcy Kościoła hierarchicznego, ale coraz częściej też jego pasterze... najlepiej wiedzący i najjaśniej widzący. Czasem jeszcze próbuję rozmawiać z nimi o tym w co wierzymy i jak to się ma do naszego codziennego życia, ale niemal natychmiast nabierają wody w usta. Może dlatego, że to co mówię (teraz piszę :-)) jest po prostu nijakie..., jak majaki senne, fantasmagorie, a może nawet urojenia chorego psychicznie :-).
 
...co jest głupstwem u ludzi, mądrością jest u Boga.
To nie teoria, to życie samo. I choć to czasem okazuje się naprawdę trudne z Bożą pomocą wytrzymuję ten dysonans między światem a mną, a mimo ciągłej presji, stale narastającego napięcia, jakoś toczę tę swoją nieustanną walkę… :-) To nie jest walka z wiatrakami. Uważne wsłuchiwanie się w swoich pasterzy, a potem walka z sobą samym i swoimi słabościami, żeby przemilczeć..., żeby zatriumfowała pokora, a nie pycha..., czasem to walka z samym Bogiem. Czy to nie strata czasu?
 
24 czerwca 2017,  17:49 (rok temu)
Tak sobie pomyślałem, czytając to co napisałem do tej pory, że nie ma nic lepszego na ziemi jak "zmarnować" trochę czasu z Bogiem :-). Byłem właśnie u spowiedzi i to na miejscu a nie sześćdziesiąt kilometrów stąd :-). Mój spowiednik jest na leczeniu (pomódl się za niego i za wszystkich spowiedników, która/y to czytasz :-)). Tydzień temu byłem u Dominikanów, ale dziś usłyszałem zaproszenie do Saletynów. Jeszcze zanim wszedłem do konfesjonału zauważyłem, że nie będzie mnie spowiadał ksiądz z naszej parafii - nigdy wcześniej go nawet nie widziałem, a jestem prawie codziennie :-). Wprawdzie nie obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi, ale jak każdy pomyleniec wiem, że nie rzuca się pereł przed świnie :-) - bez obrazy, nic osobistego! :-).  Otóż usłyszałem m.in. najkrótszą definicję pokory - pokora to współpraca…, z Bogiem i ludźmi. A teraz już będę wiedział jak nazwać to co Pan robi ze mną od ponad pół wieku, a co mi szło do tej pory tak opornie :-). To właśnie ta współpraca z Nim pozwala mi od siedmiu lat krzyżować wszystkie moje oczekiwania wobec Niego i świata, i to dzięki tej współpracy z żywym Chrystusem, spotykam żywych ludzi... właśnie w Nim.
 
Żywe Słowo
Wyraźnie i jakoś pełniej słyszę te dzisiejsze Jezusowe słowa. Nie są one już dla mnie jakimś zgorszeniem, ani nie są jak kamień w bucie, czyli czymś co uwiera i przeszkadza w "prawdziwym" życiu, bo to On sam Słowo Ojca, jest tego życia kamieniem węgielnym. Bez cienia hipokryzji i żalu pozwoliłem światu by mnie odrzucił, by uznał, że mi odbiło, ale czy to nie jest właśnie moje świadectwo, że Bóg coś dla mnie znaczy?! Coś więcej niż moja zaliczona na pięć matura, moja dobra posada, mój własny byt, stabilizacja życiowa, uznanie, jakieś profity czerpane z tytułu niewiary lub... wiary, te wszystkie budowle na piasku :-)). Owszem, na piasku można coś zbudować. Nowoczesna technologia pozwala dziś postawić nawet na pustyni całkiem okazały Domus Galilaeae, ale czy naprawdę o to chodzi?
 
Mądrość ludowa II
Wiele jest zagrożeń w kościele, ale największym są jednak te nasze osobiste budowle na piasku, które jak wirusy np.: jansenizm w XVIIw., czy te z II Soboru Watykańskiego przenikają do Kościoła niby jako lekarstwo na jego uzdrowienie, ale w rzeczywistości są śmiertelną trucizną dla wszystkich tych, którzy je ślepo przyjmują. Ludowa mądrość mówi, że ta ryba psuje się od głowy, wiadomo kto jest głową Kościoła. Ale z jakichś powodów, armia uzbrojonych w ich zwodniczą pewność (a la Domus Galilaeae: https://www.youtube.com/watch?v=p_m8H97fo8c.) podważa podstawowe prawdy wiary, tworząc jakies pokraczne i pokrętne egzegezy. W jakim celu mnoży się przykłady na potwierdzenie jednej słusznej tezy, a wszystko na modłę "ojców saduceuszy"? :-). Może tak się dzieje ponieważ nasi współcześni "saduceusze" wiedząc wszystko o Bogu już nie przychodzą dziś do Pana po naukę? Oni wiedzą już wszystko! W rzeczywistości chcą jedynie wkomponować Jego naukę w swój domus galilaeae, czyli to co wcześniej już dokładnie obmyślili, zaprojektowali i sami budują .
 
Misterium obojętności
Dla tych pomylonych - jak ja, bierne patrzenie na to jest prawdziwym krzyżem… prawdziwe misterium Miłości i obojętności. Misterium Krzyża (prawdziwego) i tych fałszywych krzyży, które podsuwa Zły chcąc złapać na te "wspólnotowe antykrzyże": nie przejmuj się, widać Bóg tak chce..., to jest Jego wola…, to nie moje krzyże i... najlepej będzie jak je odrzucisz, bo każdy ma mieć swój. Ale jakież krzyże szatan mógł mi podsunąć jak nie fałszywe, skoro jest Antychrystem? Dlatego w każdej chwili składam przez Niepokalaną Matuchnę uwielbienie Bogu za wszystko, a zwłaszcza za Eucharystię i cotygodniową odnowę w Duchu Świętym. Mogę się mylić, ale nigdy jeszcze z taką żarliwością nie prosiłem Ducha Świętego, aby pozwalał mi wnikać jak najgłębiej w misterium Krzyża, a przecież Miłość to sprawa życia i śmierci na wieki.
 
Głupi dla świata, mądry przed Bogiem.
"Wszystko co przekazał Mi Ojciec Mój chcę przekazać tym, którzy nie traktują mnie z wyniosłym dystansem, którzy zapierają się samych siebie, by przylgnąć do Mnie" - w takich warunkach odsłania się ta mądrość, którą Duch Święty darmo daje.
Nagle ustępuje cały ten dysonans, to moje głębokie przeświadczenie, że jestem tylko zwykłym naiwniakiem, bo inni mocno stąpając po ziemi takimi nie są... :-). I im głębiej odkrywam się w Panu, tym bardziej dostrzegam swoją najgłębszą tożsamość. Co to znaczy? Że moje życie z Nim staje się coraz bardziej realne, gdy odkrywam prawdę o sobie samym! Może właśnie dlatego Jezus wybrał Golgotę i Krzyż na objawienie Bożej Miłości, a nie jakieś laboratorium, galerię handlową, amfiteatr, stadion, studio telewizyjne, czy salkę katechetyczną?
 
Prawda o Miłości.
Na Golgocie nie ma nic z inscenizacji, tam nie ma nic z kłamliwego udawania. Wszystko na Golgocie jest prawdziwe. Prawdziwa jest wściekłość, prawdziwa nienawiść, prawdziwe szyderstwo…, a pośród tego wszystkiego prawdziwa Miłość Tego, którego ci otaczający uznali za pomyleńca, głupca i bluźniercę. A razem z Nim jeden Jan, kilka kobiet i... ta jedna jedyna... Niepokalana Matuchna - Jego Matka..., ale to przecież tylko kilka osób…. pewnie też głupców…, pewnie też z marginesu społecznego… jak ja sam dziś :-).
 
Przyjdź Duchu Święty i pokaż mi co jest dziś tym marginesem, a co jest centrum życia? Pokaż mi kto jest prawdziwym przyjacielem Boga, a kto fałszywym hologramem…, abym stał się tym, który jak Jan Chrzciciel prawdziwie szuka, jedynego prawdziwego wyrazu własnej tożsamości!

24 czerwca 2017, 19:17
Prędzej, czy później zderzymy się z "poprzeczną belką", która naznaczy nasze je krzyżem
Dla jednych będą to zmarszczki na twarzy, a dla innych autentyczne męczeństwo. Calkiem niedawno jeszcze kiedy juz czułem wyraźnie zbliżająca się śmierć, znacznie gorsza niż ta świadomość była pustka w tle (nikogo bliskiego). To, że pozostawałem bez środków do życia (przy świadomości, że ktoś oszukiwał mnie w pracy przez całe miesiące była już bez znaczenia:-)). Tak jak to, że wspólnota uznała mnie w końcu za pomyleńca i głupca. Byłem u kresu wytrzymałości. Ale może być i tak, że Ciebie do kresu wytrzymałości doprowadzi fakt, że zarysujesz przy parkowaniu swoje nowe audi… i sam już nie wiem co jest gorsze :-). Ale wiem już co jest najlepsze dla mnie: pelnić Bożą wolę. Ale współpraca z Nim to nie jest spacer po łące..., to jest właśnie krzyż :-)
 
Krzyż nie zawsze był obecny w moim życiu. Calymi latami unikałem go. Ja się go po prostu bałem i mimo iz był tak realny wmawiałem sobie, że mój krzyż nie jest tym czym jest dla mnie i niestety..., nie byłem w tym osamotniony. Kiedy patrzę sobie czasem na świat, ale tak realnie, z bólem stwierdzam, że w zastraszającym tempie przybywa takich jak ja sam tchórzy, a ubywa ludzi przygotowanych na spotkanie z krzyżem i gotowych do dźwigania go. Bez wątpienia to zasługa moich pasterzy, ale czy nie jeszcze bardziej moja!? Jeżeli nie mogę ich nawracać, bo jestem tylko zwykłym pomyleńcem, to przecież mogę i powienienem się za nich modlić! Nie ma wyboru, albo podejmujesz krzyż, albo on Cię złamie.
 
Zanim odszedłem od Kościoła na wiele lat uczono mnie mnie, że mój krzyż doświadczeń mogę udźwignąć bo Bóg jest ze mną. Pół wieku (z długimi przerwami!) zadawałem sobie pytanie: ale co to znaczy do cholery? Dopiero rok temu dotarło do mnie co to znaczy. Zrozumiem i przyjąłem całym sobą jego głęboki sens, dlatego nawet gdy doświadczam bólu, cierpienie tracą swoją moc, a liczy się już tylko to, że współcierpię z Panem. Krzyż nie jest kula u nogi ale jakby anteną w sercu - nadajnikiem i odbiornikiem zarazem - i właśnie tam w duchu..., Duch Święty przekazuje mi natchnienia, swoje Boże informacje i nie pozwala zapominać, że póki co, jestem człowiekiem kruchym, słabym i ułomnym..., a pycha do piekła spycha :-). Paradoksalnie to właśnie chyba jest potęgą mojego Krzyża, który z czasem wyzwolił mnie od tego wszystkiego, co było Droga wprost do zatracenia prawdziwie ludzkich wartości. Bóg nie usuwa moich cierpień jeżeli są mi potrzebne, ale kiedy pomaga mi zrozumieć ich sens od razu odzyskuję zdolność bycia człowiekiem i niejako na nowo odkrywam swoją świętość, która już we mnie jest (!) przez Miłość Chrystusa i Chrzest Święty.
 
A wtedy ani to, czy nazwą Cię pomyleńcem, czy głupcem, czy odrzucą jak kamień z buta, nic już Cię nie złamie, nawet... nienawiść! Pamiętaj, wyłącznie od Ciebie zależy gdzie szukać będziesz swojej tożsamości, bo to od Ciebie zależy, czy z głębi serca możesz powtórzyć za św. Pawłem Hymn wdzięczności /Rz 8/:
 
31 Cóż więc na to powiemy? Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? 32 On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?  33 Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? 3Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej - zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? 35 Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? 3Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. 37 Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. 3I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, 3ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

Nie próbuj z Twego życia wykreślić krzyża.
Wykreślisz go - on Cię złamie
 
(Phil Bosmans)
frOPs_"zołzie" tatusia
22 lipca 2018
13:18
 
 
Kochana Córeczko!
 
 
Wiesz, czego Ci życzę...
 
Wszystkiego naj... gorszego ;-D
 
 
Czy trzeba być debilem, aby publicznie komuś składać takie życzenia imieninowe? A jednak czasami to  jest nieuniknione, tak jak nasze spotkanie 20 maja w Bartągu k. Olsztyna. Nie chciałem rozmawiać z Tobą o przeszłości, ale dziś wiem, że abyś mogła się od niej uwolnić nie możesz przed nią uciekać. Zatem niech wrócą te same chwile, ale... dla jednych "chciane", a dla drugich wstydliwe i "niechciane". Już pierwsze zdjęcie to doskonale obrazuje: ja - jako "Twój ojciec" - niosłem Cię na rękach stąpając boso po rozżarzonych węglach, gdy tymczasem Ty panicznie bałaś się, że wpadniesz do morza - a jednak pomimo lęku zaufałaś mi i nic złego Cię nie spotkało. :-).
 
magdalenka005
 
Czy Anna pamięta te chwile? Raczej wątpię, była zwyczajnie zazdrosna o nasze dobre relacje. Może bardziej pamięta te, kiedy jako matka tuliła Cię jako nowonarodzone dziecko, ale niestety nie mam zdjęć - mnie przy tym nie było :-D. A może te z Twojej Pierwszej Komunii Świetej? Tak cudownie na zmianę dzieliłyście się Słowem Bożym i radością. Ale Anna w tle wyglada na smutną...:
 
magdalenka028
 
Te imieniny z kolei ja spędziłem w ZK, (i nie jest to Zakon Kaznodziejów), ale mimo wszystko to były radosne urodziny, nawet dla mnie (to zdjęcie przemycił mi strażnik :-D)
 
magdalenka027
 
Ale przecież wiesz jakie  wspomnienia związane z dniem Twoich imienin ma ta pierwsza pani po prawej... Był czas - zanim ją jeszcze poznałem i zanim pojawiłaś się Ty - że gorzkie łzy zalewały jej oczy na samo wspomnienie dnia 22 lipca, w którym  już wiedziała, że nie urodzi się to dziecko, które nosiła w sobie. Czy mogło spotkać ją coś gorszego?
 
magdalenka019
 
Tak. Spotkała mnie i uwiodła na złość pielęgniarce Basi, i... na swoje nieszczęście. ;-). Ale czy dla matki może być coś straszniejszego nad to, czego doświadczyła właśnie 22 lipca, gdy wychodziła ze szpitala, a jej mąż -  ten, który całe życie miał być oparciem - nagle rzucił jej w twarz... nie becz, ludzie patrzą!
 
magdalenka026
 
Sześć lat leczyła się z tego przy mnie. To szło za nami jak cień od tego pamiętnego dnia. Myślisz, że pamięta o tym? Nie. A o tym, gdy przyjechałaś z mamą do mnie "na zawsze"? W chwili, kiedy szliśmy z samochodu do naszego mieszkania, ja na ramieniu miałem  jedną torbę, z całym waszym dobytkiem. Wtedy Ty sama poprosiłaś mnie (obcego faceta), abym wziął Cię na ręce! Nie odtrącilem Cię, ale dopełniłem ciężaru..., nie wiedziałem jeszcze, że bedziesz najsłodszym ciężarem. Ale dziś… cieszę się, że mam Cię już z głowy. Szybko się starzeję niech Tomas się martwi kolejne "trzynaście" lat. Ale jak dasz ciała..., chłopcze.... jak skrzywdzisz moja coorcię… (top secret!)... niektórzy wiedzą do czego jestem zdolny, tyle, że już nie mogą zaświadczyć - nie mówią :-D.
 
magdalenka013
 
Maryja i Józef, czy starzec Symeon, gdy biorą Jezusa, czyli Tego, którego tak bardzo wyczekiwali, robią to bardzo ostrożnie. Żeby tylko maleństwa nie skrzywdzić, aby nie uronić nic z tej czystości i świętości. I taki lęk mi dziś towarzyszy, odkąd świętość stała się prosta. To tylko pokurczone na skutek chorej wyobraźni owieczki i pokręceni wskutek nadmiaru swoich duszpasterskich sukcesów pasterze, komplikują to, co dla mnie jest oczywiste i przejrzyste.
 
 
magdalenka017
 
Dla każdego miłość jest na wyciągnięcie ręki, ale… takiej ręki, która nie krzywdzi, tylko ocala! I o to walczcie przez całe swoje życie Córeczko. Bo wielka Miłość to wielka walka i nie łudź się, że..ominie Was walka z tym wszystkimi co Waszej miłości zagraża, co jak złodziej chce się wkraść, ograbić i spustoszyć....
 
magdalenka011
 
 
Pan mówi, że      
«na początku stworzenia Bóg stworzył ludzi jako mężczyznę i kobietę
i mówi, że :
Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!        
 
Już słyszę Twoją odpowiedź: tato! jakież to anachroniczne, staroświeckie i niedzisiejsze.... 
Ale widzisz Córcia. Przecząc Bożej logice, przeczysz temu scenariuszowi i przeczysz sobie samej Córeczko. Mówisz, że to niby: geny, potrzeby, emocje, marzenia i cały ten Twój bajzel , wszelkiej maści siły, elementy i procesy nas ze sobą łączą, bądź nas dzielą.
 
magdalenka015
 
Czy to Ci się podoba, czy nie, ale widzisz Magdaleno, mniej lub bardziej świadomie, kiedy kochacie się z Tomasem, to walczycie właśnie o to..., o tę prawdę, że to nie Wy wymyśliliście tę Miłość i samych siebie, ale Bóg, który Was wymyślił i... stworzył, bo jest MIŁOŚCIĄ. I jest w samym centrum każdego zła, by zamieniać je w dobro.  
 
A prostoty z jaką powinniście się przyjmować uczcie się nie ode mnie, ale autora tych prostych słów, które wybrzmiewają w każdym kościele:
bierzcie i jedzcie, to jest ciało Moje…, bierzcie i pijcie, to jest krew Moja.
 
Czy nie tę prawdę próbujecie na swój "nieudolny" sposób powtarzać, potwierdzając tym samym swoją miłość?
Bierz… i jedz Tomasie, to jest moje ciało. Bierz Magdaleno i jedz, to jest moje ciało…, chociaż już nie moje ale Twoje, bo jesteśmy już jednym ciałem…, jedną duszą!
 
 
magdalena2
 
Niech Dobry Bóg ośmiela Was do tej miłości, której nikt z nas nie byłby w stanie wymyślić. Ta Miłość jest darem i żadna inna nie istnieje.. Obdarzajcie się zatem tym prawdziwym darem każdego dnia, a tych wszystkich, którzy Was otaczają uczcie prawdziwej Miłości.
 
 
z serca błogosławię
marek+
teraz już br. Franciszek Ops…, dla przyjaciół - frOPs
ale dla Ciebie Córcia, choćby i… tata! ;-D

 

frOPs_Mt 11, 25-30_Magdalenka_01
23 czerwca 2017, 16:26
 
Każdy z nas ma swoją Drogę i swój bagaż doświadczeń: tych, na wspomnienie których uśmiecha się, i tych na wspomnienie których brakuje mu tchu. Mi serce przyspiesza, gdy przypomina mi się czasem mój pierwszy nocny marsz z Rzeszowa do Starej Wsi. A zwłaszczca te chwile w lesie na Połomi spędzone sam na sam z Panem, wśród... stada dzików, dosłownie! :-). Och, jak ja wtedy pozwalałem Panu Bogu działać w moim życiu :-).
 
 

EWANGELIA
Jezus cichy i pokornego serca
 
Mt 11, 25-30    
 ✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
 
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić.
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».
 
Oto słowo Pańskie.

(...) zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi - Te, czyli które? Najlepiej niech św. Mateusz sam się wytłumaczy... :-)

EWANGELIA 
Jezus gromi oporne miasta
Mt 11, 20-24
Słowa Ewangelii według św. Mateusza. 
 
Jezus począł czynić wyrzuty miastom, w których najwięcej Jego cudów się dokonało, że się nie nawróciły.
"Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły. Toteż powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi lżej będzie w dzień sądu niż wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które się w tobie dokonały, zostałaby aż do dnia dzisiejszego. Toteż powiadam wam: Ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż tobie".
 
Oto słowo Pańskie.

Słowa Pana Jezusa brzmią groźnie, ale zaraz... czy mam się bać i drżeć? Czy po to rozważam teraz Słowo aby się trząść ze strachu?
Po dłuższym czasie wracam do dzielenia się codzienną lekturą Ewangelii, już bez jakichkolwiek założeń, ale ja tu szukam ukojenia, a tu proszę bardzo..., ktoś mnie straszy :-).  Ale gorszym (mocniejszym) od strachu jest wstyd. Ludzie szli na wojnę i ginęli, a ich motywacją był wstyd przed sąsiadami.
 
Być z kimś za cenę życia wiecznego?
Tylko wariat jest w stanie świadomie dokonać tekiego wyboru. Ja nie jestem wariatem, mam na to zaświadczenie ;-), a mimo to nie będę dystansował się do słów Pana, ani od Niego samego, aby być z "braćmi", za żadną cenę. Minął czas puszczania mimo uszu Jego słów, a wsłuchiwania się w jakieś egzotyczne egzegezy nawiązujące np. do przepowiedni dla miast (cztery wiersze z Mt poprzedzające dzisiejszą Ewangelię). Słowo Pana to Słowo żywe, zawsze aktualne i działające tu i teraz, a nie jakaś rejestracja wydarzenia sprzed 2000 lat sporządzona przez kronikarza, która nijak ma się do mnie. Przecież to Słowo, kieruje dzisiaj do mnie  ten, który JEST. Skoro właśnie dziś wypowiada je ten, który jest dla mnie Panem, Ożywicielem i Miłością, a nie kimś zupełnie mi obcym, to chyba ma to jednak jakieś znaczenie prawda? :-)
 
Przyjąłem to Słowo ale nie tak jak robiłem to kiedyś, albo większość tych, których znam (a raczej wydawało mi się, że znałem). Oni wprawdzie też wraz ze mną przyjęli Słowo i też miało na nich wpływ, ale tylko w ramach wyznaczanych Mu przez nich samych. A ja chcę, aby Słowo nie tylko miało na mnie wpływ, ale miało taki wpływ, jaki ma na uwadze Bóg, a to kolosalna różnica (jak stąd do wieczności ;-)). Pan przecież zawsze chce bym Go spotykał, jako Boga właśnie. Jako tego, który jest moim Ojcem, a nie jakimś strachem na wróble.
 
(…) Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,48).
 
Czy to co czytamy (Mt 11,20-24) nie jest oddaniem innymi słowami tego stwierdzenia? Wiele dano mieszkańcom Kafarnaum, wiele dano mieszkańcom Korozain, Betsaidy…, co oni z tym zrobili!? I oto Pan w końcu zagrzmiał, ale nikogo nie straszy, nikogo nie opluwa, nikogo nie poniża. Jedynie bardzo delikatnie zwraca uwagę, że coś jest nie tak. Pan może jedynie podnieść trochę głos. Ale najbardziej to On podniósł ten głos na Golgocie, gdy w niebogłosy krzyczał: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". (Łk 23,34)
 
Nie można słów (Mt 11,20-24) oderwać od tych słów z Golgoty (Łk 23,34), tak samo jak nie można Krzyża Chrystusowego zawężać (ograniczać) do chwały z niego płynącej, oddzielać zbawczą mękę Pana od chwały Jego zmartwychwstania. Zanim Pan został przyjęty do chwały zszedł z przebitym sercem do otchłani (zamiast Kafarnaum). To tam właśnie Jemu gorzej było , niż mieszkańcom tego miasta. Ale oni - tak jak wielu z nas na DN - którzy słyszeli te słowa będąc na Golgocie, z jakiegoś powodu nie chcieli ich połączyć.
 
Nigdy nie stawałem w poprzek oczekiwaniom pasterzy DN, a mimo to nie przebierali w środkach, aby mi utrudnić drogę do Boga. Nikt mnie nie słuchał, kiedy mówiłem, że przyjąć Chwalebny Krzyż Zmartwychwstałego, gdzie Bóg w Jezusie Chrystusie już za mnie nie cierpi, nie umiera i nie schodzi do otchłani, to tylko połowa prawdy o miłującym Bogu. Połowa prawdy, a więc cała nieprawda. A może to właśnie stąd /wg. Drogi Neokatechumenalnej/ płynie ta nauka, że jako grzesznik zawsze będę grzeszył?
 
Jako grzesznicy "musimy" i zawsze będziemy grzeszyć…
To oficjalne stanowisko Drogi Neokatechumenalnej jest bolesnym dowodem na obecność szatana w Kościele i namacalny dowód odciąga ludzi od Boga. Na podstwie własnych doświadczeń ostatnich dwóch lat (ktoś powie mi: dwa lata da się wytrzymać.... To niech to powie Hiobowi, albo sam spróbuje wytrzymać...:-)). Ja nawet chętnie uznałbym , że jestem pomylonym pechowcem, ktorego szatan sobie upatrzył jako ofiarę, ale nie tylko ja tak miałem na Drodze, że nasi usłużni pasterze odkrywając Boga w moich wydarzeniach, jednocześnie nakładali na Niego własne ramy i przycinali Pana do rozmiarów swoich pojęć i swoich wyobrażeń. Nie tylko ja miałem nakładany kaganiec neońskiej formy i interpretacji tego, co Bóg dokonuje: przez moje życie, z moim życiem i w moim życiu. I wcale mnie to nie dziwi, że dochodziłem do wniosku, że Bóg którego doświadczam to Bóg urojony, bo nie pasuje do ogólnej koncepcji DN i szefa "formacji"…, czy to nie jest szatańska intryga?
 
Sztandarowa dewiza Drogi.
Czy podpisujesz się pod tym, że jako grzesznicy "musimy i zawsze będziemy grzeszyć"? A może nie masz zdania? Tak czy siak, śmiało i bez poczycia winy możesz już mnie wyautować, jak wszyscy pozostali...  Nie chcę mieć w chwili próby obok siebie kogoś, kto chce być jak wszyscy pozostali? :-) To jest też moja subiektywna prawda o DN, drodze..., która nakazywała mi każde wydarzenie postrzegać albo jako karę za coś, albo nagrodę. Pogadaj ze swoim spowiednikiem i spytaj go wprost: czy musisz grzeszyć? Oczywiście posłuchasz kogo zechcesz, ale czy nie lepiej zamiast słuchać pustych dywagacji po prostu pogadać z Chrystusem? Właśnie tak zrobiłem. Nawróciłem się i rozejrzałem..., i okazało się, że jest nas pod Krzyżem tylko mała garstka. A to przecież o to chodzi w tym całym nawróceniu: odwrócić się od tego wszystkiego co Boga zasłania, a zwrócić się do Niego samego!
 
Odwrócić się od wszystkich.
Czy to jest łatwe? Nie jest łatwe, ale możliwe. Powstaje wprawdzie w człowieku wielka pustka, ale to właśnie tam czeka na nas Bóg. Matuchna Niepokalana, która też odwróciła się od tych wszystkich, którzy lżyli Jej Syna i Go ukrzyżowali, czy nie dlatego się odwróciła, że zobaczyła bałwochwalstwo, naszą ludzką niegodziwość, podłość i okrucieństwo? Chodzi oczywiście o to w jaki sposób się od nich odwróciła, bo Niepokalana Matka Pięknej Miłości zwracając się ku swojemu Synowi i będąc z Nim, nie była przeciwko nikomu, ale razem z Jezusem modliła się do Jego Ojca aby im przebaczył. Czy to jest łatwe? Nie. Trzeba naprawdę otworzyć się na działanie Ducha Świętego i jednocześnie samemu dołożyć wszelkich starań, by odwrócić się od tego wszystkiego, co chce nas odwrócić od Boga. Jeżeli popatrzymy na życie Niepokalanej Matuchny w tej perspektywie, to zobaczymy, że miała aż nadto okazji, by od Boga się odwrócić. I na nic zda się tu argument, że była Niepokalane Poczęcie. To argument ZA nieuchronnością popadania w grzech i często słyszany na Drodze: skoro pierwsi rodzice też tacy byli, a mimo to dali się zwieść, to nasze aspiracje do świętości są bluźnierstwem, a co najwyżej snem wariata. A jednak ten, który też przemawiał jak szalony, czyli św. Paweł,  w szóstym rozdziale Listu do Rzymian pisze tak:
 
UWOLNIENIE OD GRZECHU
Chrzest to śmierć grzechowi
 
Cóż więc powiemy? Czyż mamy trwać w grzechu, aby łaska bardziej się wzmogła? Żadną miarą! Jeżeli umarliśmy dla grzechu, jakże możemy żyć w nim nadal?
3 Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć?Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca.Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie.
To wiedzcie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu.Kto bowiem umarł, stał się wolny od grzechu.
Otóż, jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. 10 Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. 11 Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie.
12 Niechże więc grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom. 13 Nie oddawajcie też członków waszych jako broń nieprawości na służbę grzechowi, ale oddajcie się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia, i członki wasze oddajcie jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu. 14 Albowiem grzech nie powinien nad wami panować, skoro nie jesteście poddani Prawu, lecz łasce.
Potrzeba naprawdę wielkiej uważności, żeby to co się nam wydarza, nie zastąpiło Boga i Go nie przyćmiło. Żeby to, co wydaje nam się jakimś końcem czy kataklizmem, samo w sobie nie stało się Bogiem, bo wówczas to już nie Jego, ale to coś będziemy adorować, temu czemuś będziemy oddawać pokłony i na ołtarzu tego kogoś będziemy składać swoje życie w ofierze…
Byłem na bardzo długich rekolekcjach. Cała seria, która z przerwami zabrała mi w ciągu trzech lat osiemnaśnie miesięcy. Dziś wiem, że te rekolekcje zostały mi dane (ofiarowane) również po to, abym odświeżył swoją wiarę. Abym pozwolili Bogu odkryć Jego boskość i doświadczając swojej kruchości odkrył najgłębsze powołanie, którym jest nic innego jak bycie na wieki z Nim! Wszystko inne ma temu służyć i powinno zajmować tyle miejsca ile powinno zajmować… ni mniej, ni więcej :-). Czy to osiągnąłem? Ha ha…, oczywiście, że nie. W pojedynkę nie osiągnę nigdy tego szczytu :-).
To chyba najtrudniejsze z wyzwań, bo powraca każdego dnia i stale go przyjmuję i nie w nadziei jakiegoś "odstresowania", czy "oczyszczenia" ale autentycznego pokoju w nie byle kim, bo w Bogu! Temu właśnie służy odkrywanie Go na nowo w codziennej Eucharystii, cotygodniowej odnowie w Duchy Świętym,  czyli w Sakramencie Pokuty. Temu służą nocne adoracje, modlitwy i... pokuta, np.: nocne marsze po 60km. Temu też służy działanie zwykle wbrew własnym projektom i obawom. Ta ofiarna  służba, czasem nawet odbywająca się w ekstremalnych warunkach (biorąc pod uwagę stan zdrowia) to jednak mój poligon, który jest dla mnie...  najskuteczniejszą drogą do Boga :-).
Każdy z nas ma swoją Drogę i swój bagaż doświadczeń. Czasem są to noce spędzone w lesie wśród stada dzików, a czasem godziny w kościele wśród dzikusów :-). Zawsze jednak trzeba pozwalać Panu działać w swoim życiu :-).
 
Wtedy też z łatwością odkryjesz te swoje biada, o których mówi Pan, tak jak ja odkryłem swoje:
  • Biada mi, jeżeli skoncentruję się na tym wszystkim co nie jest Boże i nie jest Bogiem
  • Biada mi, jeżeli moje przyzwyczajenia jedynie utrwalam
  • Biada mi, jeżeli nie dołożę wszelkich starań, by na powrót pokochać Boga, siebie, swoich braci, (rodziców, byłą żonę, matki moich synów, córkę…,moją od jej trzeciego roku życia :-)) .
  • Biada mi, jeżeli stwierdzę, że grzech, który w jakiś sposób w moim życiu zagościł, jest większy od Boga, który grzech usuwa.
  • Biada mi, jeżeli mówię: do tej pory było tak i już tak zostanie, nie mam na to żadnego wpływu i Bóg również żadnego wpływu na to nie ma.

Prośmy Ducha Świętego, aby otwierał przed nami nowe perspektywy być może jeszcze dla nas dzisiaj jeszcze nie znane, a które poznamy wówczas, jeżeli postawimy ten pierwszy krok. Módlmy się w szczególny sposób do Niepokalanej - Matki naszego Pana i naszej Matuchny, aby nam w tych naszych zmaganiach towarzyszyła. Aby dodawała nam otuchy, odwagi i tak jak Ona potrafi to najlepiej: aby upodabniała i przybliżała nasze serca swoim Niepokalanym Sercem do Najświętsze Serce swojego Syna. 


 
Słońce nie omija nikogo.
Nie ominie też Ciebie, chyba…,
żebyś się skrył w cieniu
 
(Phil Bosmans) 

INTENCJE - 2018.05.16

 
    
17 lipca 2018
    
Oto intencje:
- za cały Zakon,  w intencjach o. generała i o. prowincjała
- o pokój i jedność w naszych fraterniach
- w związku z uroczystością bł. Czesława, którą będziemy obchodzić w czwartek -  za fraternię bł. Czesława we Wrocławiu - o wszelkie łaski, wierność charyzmatowi św. Dominika, wzajemne miłosierdzie
- za nową przeoryszę w klasztorze mniszek dominikańskich w Świętej Annie
- s. Joannę - o potrzebne łaski; za cały klasztor
- za nowego asystenta fraterni w Lublinie - o. Janusza Skęczka; za wszystkich naszych asystentów
- za wstawiennictwem błogosławionego kaznodziei Czesława Odrowąża i świętej Apostołki Apostołów Marii Magdaleny w intencji braci i sióstr, którzy opuścili Zakon św. Dominika w Biełarusi oraz Fraternię Trójcy Św., żeby oni powrócili do życia zakonnego, a gdy to jest niemożliwe, niech Opatrzność Boża raczy oświecić ich przez Boską Łaskę na własny sposób dla ich zbawienia i życia wiecznego.
- za wszystkie siostry i braci z naszego Zakonu, którzy odeszli od wspólnoty
- za Gosię i za Adriana - o pokój ducha, uleczenie tego, co po ludzku niemożliwe i otwarcie na Boże prowadzenie
- za wszystkich naszych chorych i w jakikolwiek sposób cierpiących
- o powrót do zdrowia dla zięcia Marysi, który jest po przeszczepach
- o pracę dla Sylwii
- o uzdrowienie z wieloletniej depresji dla Pawła i o pracę dla niego
- o pomoc w sprawach sądowych dla Renaty i Artura
- o nawrócenie dla Katarzyny oraz o szczęśliwy przebieg ciąży i narodziny jej poczętego dziecka
- za naszych zmarłych